Powrót do Tajlandii – wyprawa na wyspę (także bezludną) – Azja cz. XIV
Dnia 27-go listopada 2010 po dwutygodniowym pobycie w Kambodży powróciliśmy do Tajlandii. Przez ten czas zobaczyliśmy mnóstwo pięknych i niesamowitych miejsc. Przemieszczaliśmy się z miasta do miasta średnio co 3 dni. Naszym kolejnym celem było 5-cio dniowe lenistwo na wyspie Chang (z. taj. Koh Chang).
Po ponad 6-cio godzinnej drodze ciasnym busem z miejscowości Kampot w Kambodży do miejscowości Trat w Tajlandii doszliśmy do wniosku, iż nie ma sensu na noc jechać na wyspę i szukać noclegu po omacku. Postanowiliśmy więc spędzić jedną noc w miejscowości TRAT. Dość szybko udało nam się znaleźć przytulny, elegancki hotelik za niewielką cenę (około 30zł za pokój dwuosobowy). Standard jak na warunki "taniego noclegu azjatyckiego" był na prawdę wysoki – przyznam, że miałem okazję w wiele gorszych warunkach nocować w polskim hotelu za wyższą cenę. Ale nie o warunki tu chodzi, więc wracam do ciekawszego tematu, a mianowicie do krótkiego opisu miejscowości Trat i naszego w niej pobytu:)
Jest to niewielkie miasto można rzec portowe, ciche choć w miarę ruchliwe także nocą.
Właśnie o tej porze "dnia" wybraliśmy się (po uprzednim rozpakowaniu w hotelu) na tzw. "miasto". Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy był nocny targ, pełen przysmaków, owoców i innych towarów. Ceny owoców w przeliczeniu na tzw. "nasze" były na prawdę śmieszne.

Poniższe zdjęcie przedstawia ananasy w cenie około 1zł za sztukę

A tu standardowo jak co wieczór moja żonka kupuje świeżo krojone ananasy i arbuzy (woreczek około 2-3zł), które w Tajlandii i Kambodży mają niesamowity smak, 1000 razy lepszy niże te kupowane w polskich marketach.

Najbardziej zastanawiały mnie kolory jajek – farbowane celowo? Jeśli tak to jaki w tym cel?

Natomiast zdjęcie poniżej, jest jednym z moich ulubionych – krawcowa na środku targu, wieczorem około godziny 20:00 czasu lokalnego.

Po kolacji zjedzonej w lokalnym barze, rodem z zakopiańskich Krupówek (cały w drewnie) wróciliśmy do naszego hoteliku na jedną, jedyną noc.
Jak się dowiedzieliśmy hotel miał dopiero rok. Tak prezentował się z zewnątrz.
Dla przypomnienia mamy 27 listopada, godzina około 23:00, a temperatura wynosi 27 stopni Celsjusza
Oj ale bym tam chętnie teraz wrócił

Nadszedł dzień, po małym śniadanku udajemy się do portu hotelowym pick-up'em. Jesteśmy na miejscu. Bilety zakupiliśmy wcześniej w recepcji hotelu, więc bez problemu weszliśmy na pokład promu, który za około 40 minut "dowiezie" nas do celu – na wyspę Chang

Już widzimy nasz cel na horyzoncie
Jest to 3-cia co do wielkości wyspa w Tajlandii.
Na poniższym zdjęciu na dolnym pokładzie widać czerwoną "zmotoryzowaną budkę z lodami".
Nie są to jednak byle jakie lody. Są to lody o smaku kokosowym, ale nie z aromatu, a z prawdziwego kokosa+polewa kokosowa
Świetna sprawa. Cena? 1zł za gałkę

Po dopłynięciu do brzegu po raz kolejny przesiadka na Pick-Up-y, jedyny transport na wyspie. Jazda była ekstremalna, stąd brak zdjęć (bałem się o sprzęt).
Około 40 minut krętymi dróżkami, czasem pod górę (potem w dół ) nachyleniu 30-40 stopni "na oko".
Nie byłoby w tym nic dziwnego, jeśli nie brać faktu, że siedziałem bez żadnego przypięcia na końcu paki pick-upa i trzymałem na zderzaku swój plecak
Jazda na prawdę niezapomniana, a widoki wokoło niesamowite!!!!
Znaleźliśmy świetne (choć mało luksusowe i stosunkowo drogie) miejsce – bambusowe domki, praktycznie na plaży
Po rozpakowaniu się, poszliśmy na nasz taras mieszczący się przy barze i oglądaliśmy zachód słońca.

Rankiem o koło godziny 8:00 następnego dnia postanowiliśmy szybko udać się na plażę by zająć dogodne miejsce. Drugiego dnia nie spieszyliśmy się tak bardzo bo miejsce było nawet o godzinie 12:00

Woda była niesamowicie przyjemna, przejrzysta i zachęcała do przebywania w niej godzinami.

Kolejnego dnia postanowiliśmy wynająć kajak i popłynąć na jedną z wysp, które możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej, za moimi plecami. Zadanie wydawało się banalne. 20 minut i na miejscu. Nic bardziej mylnego. Kajak + fale + zła ocena odległości = godzina wiosłowania w pełnym słońcu. Wieczorem pożałowałem, że nie wysmarowałem się lepiej kremem do opalania

Wzdłuż całego brzegu znajdowały się kolejne tzw. resorty czyli ośrodki dla turystów. Niestety cena za dobę w tych na prawdę eleganckich rodem z Beverly Hills to przyjemność minimum 500zł za dobę
Niewiele jak na luksus, ale zdecydowanie za dużo jak dla nas. My płaciliśmy za podróże, transport, dobre jedzenie. Nocleg był sprawą drugorzędną – w końcu mamy tylko tam spędzać około 7 godzin na dobę, więc po co przepłacać

W końcu dotarliśmy na wyspę – wyspę bezludną, z piękną plażą i niesamowitymi widokami.

A taaaaaakie motyle tam latają

Następnego dnia postanowiliśmy zaspokoić naszą ciekawość – jak to jest jeździć na słoniu. Wynajęliśmy taksówkę i pojechaliśmy w głąb wyspy na safari na słoniach.
Myśleliśmy, że będzie to zwykła przechadzka. tymczasem była to na prawdę niesamowita przygoda – godzinna przeprawa przez dżunglę. Nie wędrowaliśmy bynajmniej po ścieżkach. Naszą trasę obierał słoń. Gdy na jego drodze stanęło drzewo (niewielkie, ale zawsze drzewo), po prostu je łamał, deptał i szedł dalej przed siebie. Czy to był dół i pionowy spadek, czy wręcz na pionową skarpę – nie było dla niego żadnego znaczenia, że na plecach dźwiga dodatkowy ciężar w postaci 2-3 ludzi.

Zdjęcie poniżej przedstawia plantacje kauczukowców. Do każdego z pni przyczepiona była butelka, miseczka lub puszka i wbita rurka lub nacięta w spiralny, niczym gwint, sposób kora.
Skutkowało to wyciekaniem mleka kauczukowego wprost do naczyń. Podszedłem do takiego drzewa, a w miseczce znajdowała się zastygła, elastyczna masa – kauczuk naturalny. Mijaliśmy samochody pełne tego surowca, który kołysał się na pace niczym galareta. Biorąc pod uwagę czas po jakim tak niewielka ilość kauczuku się zebrała z jednego drzewa, nie trudno zrozumieć dlaczego ten surowiec jest dość drogi i coraz częściej zastępowany kauczukiem syntetycznym (niestety o gorszych właściwościach lecz tańszym).

Po przygodzie ze słoniami, wracamy na "naszą" rajską plażę, udajemy się na cowieczorny seans filmowych nowości wprost z Hollywood. W oczekiwaniu na film pijemy zimne piwko i oglądamy zachód słońca. Ja dodatkowo poszedłem zrobić kilka zdjęć w czasie pokazów z ogniem w sąsiednim resorcie.

Tak wygląda od strony morza nasz bar, deptak, taras i kino w jednym

to widok na domki, których tak właściwie nie widać z wody dość dokładnie.

Natomiast po wyjściu z naszego bugalow i przejściu około 5 metrów mieliśmy taki widok (chodzi oczywiście to co za moją małżonką
)

A to nasz domek, w którym spędziliśmy 5 noclegów.

Tak natomiast wyglądało nasze "osiedle"

W przedostatni dzień postanowiliśmy wybrać się na spacer plażą i pooglądać resorty wzdłuż niej rozmieszczone. Niektóre były na prawdę bajkowe. Ogrody, zatoczki, fontanny, baseny. Niestety nie chciałem robić zdjęć, żeby nie rzucać się w oczy jako "obcy" w danym miejscu.
Jak widzicie jest nas tylko 4-ro z całej podróżującej siódemki. Troje z nas postanowiło zostać te kilka dni dłużej na Kambodżańskiej wyspie. Spotkaliśmy się ponownie w Bangkoku kilka dni później.

I kolejne moje ulubione zdjęcie (poniżej). Moja małżonka na rajskiej plaży, ponad 8 tysięcy kilometrów od domu

Ostatniego dnia postanowiliśmy za parę złotych wynająć motorek i pojechaliśmy na punkt widokowy Koh Chang. Widok z tarasu rozciągał się na morze i wyspy, w tym "naszą" bezludną na pierwszym planie.

Po południu troszkę ponurkowaliśmy…

..posłuchaliśmy muzyki i czytaliśmy książki.
Były to jedyne i ostatnie leniwe dni w czasie naszej azjatyckiej przygody.
Już następnego dnia czeka nas 6-cio godzinna podróż do Bangkoku (na szczęście luksusowym autokarem), gdzie spędzimy ostatnie 3 dni i 3 noce.
Nie będą to jednak leniwe dni. Ale o tym już niebawem w kolejnych odsłonach na moim blogu.

Wypoczęci i zrelaksowani "na MAKSA " jesteśmy tylko troszkę zmartwieni, że już za 4 dni wrócimy do mroźnej i ponurej Europy. Jednak zanim to nastąpi, jeszcze kilka miejsc musimy odwiedzić.
