13 lut 2012
0
Wstecz

Powrót do Tajlandii – wyprawa na wyspę (także bezludną) – Azja cz. XIV


trat_koh_51

Dnia 27-go listopada 2010 po dwutygodniowym pobycie w Kambodży powróciliśmy do Tajlandii. Przez ten czas zobaczyliśmy mnóstwo pięknych i niesamowitych miejsc. Przemieszczaliśmy się z miasta do miasta średnio co 3 dni. Naszym kolejnym celem było 5-cio dniowe lenistwo na wyspie Chang (z. taj. Koh Chang).

Po ponad 6-cio godzinnej drodze ciasnym busem z miejscowości Kampot w Kambodży do miejscowości Trat w Tajlandii doszliśmy do wniosku, iż nie ma sensu na noc jechać na wyspę i szukać noclegu po omacku. Postanowiliśmy więc spędzić jedną noc w miejscowości TRAT. Dość szybko udało nam się znaleźć przytulny, elegancki hotelik za niewielką cenę (około 30zł za pokój dwuosobowy). Standard jak na warunki "taniego noclegu azjatyckiego" był na prawdę wysoki – przyznam, że miałem okazję w wiele gorszych warunkach nocować w polskim hotelu za wyższą cenę. Ale nie o warunki tu chodzi, więc wracam do ciekawszego tematu, a mianowicie do krótkiego opisu miejscowości Trat i naszego w niej pobytu:)
Jest to niewielkie miasto można rzec portowe, ciche choć w miarę ruchliwe także nocą.

Właśnie o tej porze "dnia" wybraliśmy się (po uprzednim rozpakowaniu w hotelu) na tzw. "miasto". Pierwszym miejscem jakie odwiedziliśmy był nocny targ, pełen przysmaków, owoców i innych towarów. Ceny owoców w przeliczeniu na tzw. "nasze" były na prawdę śmieszne.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Poniższe zdjęcie przedstawia ananasy w cenie około 1zł za sztukę :)

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

A tu standardowo jak co wieczór moja żonka kupuje świeżo krojone ananasy i arbuzy (woreczek około 2-3zł), które w Tajlandii i Kambodży mają niesamowity smak, 1000 razy lepszy niże te kupowane w polskich marketach.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Najbardziej zastanawiały mnie kolory jajek – farbowane celowo? Jeśli tak to jaki w tym cel?

Fotografia Witold Saternus

Natomiast zdjęcie poniżej, jest jednym z moich ulubionych – krawcowa na środku targu, wieczorem około godziny 20:00 czasu lokalnego.

Fotografia Witold Saternus

Po kolacji zjedzonej w lokalnym barze, rodem z zakopiańskich Krupówek (cały w drewnie) wróciliśmy do naszego hoteliku na jedną, jedyną noc.

Jak się dowiedzieliśmy hotel miał dopiero rok. Tak prezentował się z zewnątrz.

Dla przypomnienia mamy 27 listopada, godzina około 23:00, a temperatura wynosi 27 stopni Celsjusza :)   Oj ale bym tam chętnie teraz wrócił :)

Fotografia Witold Saternus

Nadszedł dzień, po małym śniadanku udajemy się do portu hotelowym pick-up'em. Jesteśmy na miejscu. Bilety zakupiliśmy wcześniej w recepcji hotelu, więc bez problemu weszliśmy na pokład promu, który za około 40 minut "dowiezie" nas do celu – na wyspę Chang :)

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

 

Już widzimy nasz cel na horyzoncie :) Jest to 3-cia co do wielkości wyspa w Tajlandii.
Na poniższym zdjęciu na dolnym pokładzie widać czerwoną "zmotoryzowaną budkę z lodami".

Nie są to jednak byle jakie lody. Są to lody o smaku kokosowym, ale nie z aromatu, a z prawdziwego kokosa+polewa kokosowa :) Świetna sprawa. Cena? 1zł za gałkę :)

 

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Po dopłynięciu do brzegu po raz kolejny przesiadka na Pick-Up-y, jedyny transport na wyspie. Jazda była ekstremalna, stąd brak zdjęć (bałem się o sprzęt).

Około 40 minut krętymi dróżkami, czasem pod górę (potem w dół ) nachyleniu 30-40 stopni "na oko".

Nie byłoby w tym nic dziwnego, jeśli nie brać faktu, że siedziałem bez żadnego przypięcia na końcu paki pick-upa i trzymałem na zderzaku swój plecak :)

Jazda na prawdę niezapomniana, a widoki wokoło niesamowite!!!!

Znaleźliśmy świetne (choć mało luksusowe i stosunkowo drogie) miejsce – bambusowe domki, praktycznie na plaży :)

Po rozpakowaniu się, poszliśmy na nasz taras mieszczący się przy barze i oglądaliśmy zachód słońca.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Rankiem o koło godziny  8:00 następnego dnia postanowiliśmy szybko udać się na plażę by zająć dogodne miejsce. Drugiego dnia nie spieszyliśmy się tak bardzo bo miejsce było nawet o godzinie 12:00 :)

Fotografia Witold Saternus

Woda była niesamowicie przyjemna, przejrzysta i zachęcała do przebywania w niej godzinami.

Fotografia Witold Saternus

Kolejnego dnia postanowiliśmy wynająć kajak i popłynąć na jedną z wysp, które możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej, za moimi plecami. Zadanie wydawało się banalne. 20 minut i na miejscu. Nic bardziej mylnego. Kajak + fale + zła ocena odległości = godzina wiosłowania w pełnym słońcu. Wieczorem pożałowałem, że nie wysmarowałem się lepiej kremem do opalania :)

Fotografia Witold Saternus

Wzdłuż całego brzegu znajdowały się kolejne tzw. resorty czyli ośrodki dla turystów. Niestety cena za dobę w tych na prawdę eleganckich rodem z Beverly Hills to przyjemność minimum 500zł za dobę :) Niewiele jak na luksus, ale zdecydowanie za dużo jak dla nas. My płaciliśmy za podróże, transport, dobre jedzenie. Nocleg był sprawą drugorzędną – w końcu mamy tylko tam spędzać około 7 godzin na dobę, więc po co przepłacać :)

Fotografia Witold Saternus

W końcu dotarliśmy na wyspę – wyspę bezludną, z piękną plażą i niesamowitymi widokami.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

A taaaaaakie motyle tam latają :)

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Następnego dnia postanowiliśmy zaspokoić naszą ciekawość – jak to jest jeździć na słoniu. Wynajęliśmy taksówkę i pojechaliśmy w głąb wyspy na safari na słoniach.

Myśleliśmy, że będzie to zwykła przechadzka. tymczasem była to na prawdę niesamowita przygoda – godzinna przeprawa przez dżunglę. Nie wędrowaliśmy bynajmniej po ścieżkach. Naszą trasę obierał słoń. Gdy na jego drodze stanęło drzewo (niewielkie, ale zawsze drzewo), po prostu je łamał, deptał i szedł dalej przed siebie. Czy to był dół i pionowy spadek, czy wręcz na pionową skarpę – nie było dla niego żadnego znaczenia, że na plecach dźwiga dodatkowy ciężar w postaci 2-3 ludzi.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Zdjęcie poniżej przedstawia plantacje kauczukowców. Do każdego z pni przyczepiona była butelka, miseczka lub puszka i wbita rurka lub nacięta w spiralny, niczym gwint, sposób kora.

Skutkowało to wyciekaniem mleka kauczukowego wprost do naczyń. Podszedłem do takiego drzewa, a w miseczce znajdowała się zastygła, elastyczna masa – kauczuk naturalny. Mijaliśmy samochody pełne tego surowca, który kołysał się na pace niczym galareta. Biorąc pod uwagę czas po jakim tak niewielka ilość kauczuku się zebrała z jednego drzewa, nie trudno zrozumieć dlaczego ten surowiec jest dość drogi i coraz częściej zastępowany kauczukiem syntetycznym (niestety o gorszych właściwościach lecz tańszym).

Fotografia Witold Saternus

Po przygodzie ze słoniami, wracamy na "naszą" rajską plażę, udajemy się na cowieczorny seans filmowych nowości wprost z Hollywood. W oczekiwaniu na film pijemy zimne piwko i oglądamy zachód słońca. Ja dodatkowo poszedłem zrobić kilka zdjęć w czasie pokazów z ogniem w sąsiednim resorcie.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Tak wygląda od strony morza nasz  bar, deptak, taras i kino w jednym :)

Fotografia Witold Saternus

to widok na domki, których tak właściwie nie widać z wody dość dokładnie.

Fotografia Witold Saternus

Natomiast po wyjściu z naszego bugalow i przejściu około 5 metrów mieliśmy taki widok (chodzi oczywiście to co za moją małżonką :)   )

Fotografia Witold Saternus

A to nasz domek, w którym spędziliśmy 5 noclegów.

Fotografia Witold Saternus

Tak natomiast wyglądało nasze "osiedle"

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

W przedostatni dzień postanowiliśmy wybrać się na spacer plażą i pooglądać resorty wzdłuż niej rozmieszczone. Niektóre były na prawdę bajkowe. Ogrody, zatoczki, fontanny, baseny. Niestety nie chciałem robić zdjęć, żeby nie rzucać się w oczy jako "obcy" w danym miejscu.

Jak widzicie jest nas tylko 4-ro z całej podróżującej siódemki. Troje z nas postanowiło zostać te kilka dni dłużej na Kambodżańskiej wyspie. Spotkaliśmy się ponownie w Bangkoku kilka dni później.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

I kolejne moje ulubione zdjęcie (poniżej). Moja małżonka na rajskiej plaży, ponad 8 tysięcy kilometrów od domu

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Ostatniego dnia postanowiliśmy za parę złotych wynająć motorek i pojechaliśmy na punkt widokowy Koh Chang. Widok z tarasu rozciągał się na morze i wyspy, w tym "naszą" bezludną na pierwszym planie.

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

Po południu troszkę ponurkowaliśmy…

Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus Fotografia Witold Saternus

..posłuchaliśmy muzyki i czytaliśmy książki.

Były to jedyne i ostatnie leniwe dni w czasie naszej azjatyckiej przygody.

Już następnego dnia czeka nas 6-cio godzinna podróż do Bangkoku (na szczęście luksusowym autokarem), gdzie spędzimy ostatnie 3 dni i 3 noce.

Nie będą to jednak leniwe dni. Ale o tym już niebawem w kolejnych odsłonach na moim blogu.

Fotografia Witold Saternus

Wypoczęci i zrelaksowani "na MAKSA " jesteśmy tylko troszkę zmartwieni, że już za 4 dni wrócimy do mroźnej i ponurej Europy. Jednak zanim to nastąpi, jeszcze kilka miejsc musimy odwiedzić.

Już niebawem relacja z Bangkoku.

Podziel się:
  • Facebook
  • Mixx
  • Google Bookmarks
  • email
  • Gwar
  • MSN Reporter
  • MySpace
  • RSS
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks
  • Yahoo! Buzz

*

Wstecz